...Wyszliśmy od lekarza z receptą na globulki. Objechaliśmy wszystkie otwarte w niedziele apteki w Krakowie by zamówić lek, niestety jeden ze składników recepty był na tyle drogi że nie każda apteka miała go na stanie, przynajmniej tak tłumaczyli nam farmaceuci. Nie zrealizowaliśmy recepty w niedziele, rano o 7 czy 8 już nie pamiętam, wstałam pojechałam do jednej niezawodnej apteki 'z charakterem' u nich jest wszystko. Pani po recepcie wiedziała o co chodzi, nie zadawała dużo pytań, powiedziała że postara się zrealizować jak najszybciej, o 11 zadzwoniła, globulki były do odebrania. Wróciłam do domu... no cóż już czas. Mąż był w pracy tylko parę godzin, wrócił by być ze mną, wziął kilka dni urlopu. Za parę dni wieczorem, dostałam okropnych skurczy, mój aniołek spadł mi w jednym kawałku na podpaske, spanikowałam...
Badanie kariotypu: Córeczka [29.10.2013].
Najbardziej gorzka w naszym dzisiejszym smutku jest pamięć o wczorajszej radości. [Khalil Gibran]
Jak daleko jest moja radość
Mój ból, moja miłość, nagroda
Jesteś istotą wszystkiego, moim oddechem, moją ojczyzną
Odtrącam wszystkich, bo ty jesteś moim sensem.
Jesteś mi droższy nawet od życia
Ci co nie wierzą są nam niepotrzebni
Nie dosięgną serca z piersi o północy
Nie zapomnij mojego oddechu, pamiętaj.
Pójdę za tobą wszędzie – na wschód
Wrócę za tobą - na zachód
Ty tylko powtarzaj te słowa
Będziemy razem na zawsze, na zawsze
Ile nam pozostało życia od spotkania do spotkania
Chciałabym cię całować i trzymać w ramionach
Chciałabym móc gorzko płakać na twoich kolanach
Zasnąć obok na łabędzich piórach.
Pójdę za tobą wszędzie – na wschód
Wrócę za tobą - na zachód
Ty tylko powtarzaj te słowa
Będziemy razem na zawsze, na zawsze
Bawiliśmy się superowo na weselu naszych przyjaciół
do samego końca, wtedy zjadłam z kilo jabłek, tak bardzo mi smakowały i były
przepyszne, ja lubię jabłka, ale na weselu? w takiej ilości? Później tydzień
minął roboczo. W czwartek pod małym naciskiem moich przyjaciółek niedoli
postanowiłam ze zrobię test. Zazwyczaj wygląda to tak że dziś robię test, a
jutro dostaje miesiączkę. W tygodniu czułam się zupełnie normalnie cos kuło to
tu to tam nic dziwnego tak mam przed okresem.
Zakupiłam test i zrobiłam…pierwszy
raz w życiu zobaczyłam na nim dwie kreski, jedną wyraźną tą do której się już przyzwyczaiłam
i drugą bladą różową. Przeraziłam się i chyba w szoku poszłam do apteki innej
kupiłam trzy, powtórzyłam pierwszy wyszedł negatywny. Była 18:40 myślę co dalej
patrzę na jeden test na drugi nie wiem co robić. Postanowiłam działać –
zapakowałam się do auta i pojechałam do diagnostyki. Zaparkowałam biegnę bo
jest do 19:00, zdążyłam zrobili na cito, wynik do 4 godzin. Wróciłam do domu,
nic nie mówię, mąż wrócił z pracy. Standardowy wieczór, nie dla mnie ja siedzę
na kompie i odświeżam stronę w oczekiwaniu na wynik. Koło 21 jest wynik bety 62mIU/ml.
Szaaaaaaaaaaaaaałłłł, krzyk, płacz, tańce – zwariowałam, oszalałam!!!!Razem zwariowaliśmy,
jak by można było otworzylibyśmy szampana!!! Pierwszy tak wyjątkowy wieczór po śmierci
mojego Taty.
Z rana napisałam do mojego lekarza smsa – ‘Doktorze
chyba jestem w ciąży, beta 62’, zaraz dostałam odpowiedź – ‘Fajnie, proszę
powtórzyć betę za dwa dni’. Za dwa dni bete miałam 208, czułam się jak w
niebie!!! Umówiłam się z doktorem za 1,5 tygodnia na wizytę. Tego nie da się
opisać po tylu latach mogłam się poczuć normalną pełnowartościową kobietą, ciężarną
z prawdziwego zdarzenia. Mimo naszej euforii chyba popadałam w lekką durnote bo
trochę się kłóciliśmy z mężem apropo remontu pokoju dla naszego dzieciaczka.
Dzień wizyty był cudowny, fantastyczny, wyjątkowy
zobaczyłam moją kropeczkę na ekranie. Pierwszy raz w życiu spotkaliśmy się na
żywo, widziałam serduszko biło tyk tyk tyk tyk.
Umówiliśmy się na za półtora tygodnia, zdziwiłam się
bo zazwyczaj się umawia lekarz na później jeśli się jest w ciąży. Przepisał mi
duphaston. Nie dostałam książeczki ciążowej, tylko jedno badanie do zrobienia.
Po niecałych dwóch tygodniach przyszłam na usg, na pełnym luzie, obserwowałam
ludzi w poczekalni, myślałam że wreszcie mi się udało, że nie muszę już niczego
bać. Czytałam gazetę, czułam się fantastycznie. Weszłam do doktora z bananem na
twarzy. Położyłam się do usg, trwało z 15 min, albo tak mi się zdawało. Nie
podoba mi się akcja serca – mówi lekarz- raz bije raz przestaje. Coś jeszcze do
mnie mówił już oprócz dzwona w uszach nic nie słyszałam. Zalecenie - zrobić w
najbliższym tygodniu trzy bety co drugi dzien. Była środa. Wyszłam wsiadłam w
auto, szczeka mi chodziła cała drżałam, zaczęłam płakać – nie płakać wyć. Nie
wiem w jaki sposób dotarłam do domu, dzwoniłam z drogi do męża próbując mu
powiedzieć co się dzieje. Zanim dotarłam do domu już stał pod klatką przepakowałam
się do auta i pojechaliśmy robić jeszcze dziś pierwszą betę, są w Krakowie diagnostyki
całodobowe. Czekanie trwało wieki wynik 10196. W piątek powtórzyłam bete wynik
dostaliśmy w sobotę - 9299. Oczywiście stale
w kontakcie z lekarzem – napisałam mu smsa ze chcę się spotkać. Odpisał ze możemy
się spotkać w niedziele, a spadająca beta oznacza że ciąża obumarła…itd. Najgorszy
dzień w moim życiu. Przepłakałam cały dzień. Mąż wrócił z pracy, chciałam być
sama, chyba on też, wsiadł na motor i pognał przed siebie. Nie wiele pamiętam z
tego dnia. W niedziele spotkaliśmy się z
lekarzem. Wiedziałam że jak otworze usta posypią się łzy, umówiliśmy się
z mężem że to on będzie gadał. Wszystko wypytał, ja siedziałam na krześle głową
spuszczoną w dół, piłam wodę, żeby nie płakać, telepałam się z nerwów. Potwierdzające
usg brzmiało jak wyrok – ciąża obumarła, trzeba indukować poronienie. Coś do
mnie lekarz jeszcze mówił robiąc usg, nić nie słyszałam, patrzyłam w ekran i
bałam się, to ostatni raz widziałam moje maleństwo, moje pragnienie, marzenie,
moją tęsknotę.
Ps. Więcej dziś już nie dam rady napisać, nie czytam
też tego co napisała.
Problem niepłodności obecnie dotyka co +/- 4 parę, więc +/- 8/10 są po prostu szczęściarzami. Jak przezywamy kiedy dowiadujemy się o: „Koooochani
jestem w ciąży!!!”, „kochana UDAŁO SIĘ, wiesz trzy miesiąca staraliśmy się, myślałam ze już jest
coś nie tak ale wreszcie jestem w ciąży”? Otóż ja, jako nieustanie praktykująca, specjalistka w dziedzinie niepłodności,
dobita do samej ziemi wiadomością próbuję niezauważalnie pozbierać się i razem z osobą ciężarną zwyczajnie cieszyć się.
Zostałam zaskoczona wiadomością o czyjejś ciąży, mnóstwo razy ale kilka pamiętam dobrze. W pracy (1): miałam dosłownie dzień wariata.
Pracuje na najwyższych obrotach – i tu nagle baaaah (telefon od męża z wiadomością „oni są w ciąży”) - nie byłam przygotowana, odjęło mi najpierw mowę, później chęć do pracy, później
do życia, miałam pełne oczy leź – jedyna działająca wtedy szara komórka podpowiedziała mi: ewakuuj się
z pokoju – wzięłam telefon i wyszłam. Co robić, co robić? Telefon do przyjaciela, balsam na złamane serce.
Czarnulka w pracy, Malinka, dzwonie: „ są w ciąży wiesz kolejni, a ja już nie
mam siły walczyć znowu się wszystko pochrzaniło znowu mam brać hormony ” –
ledwie wykrztusiłam z siebie to zdanie i lży jak dwie przepełnione rzeki rozlały się same. Malinka: „kochana nam się też
w końcu uda …”. Dwudziestominutowa rozmowa z Malinką doprowadziła mnie do
pionu.
W tydzień po poronieniu (2): leże w domu jak rozbity statek na dnie morza, sms
z pracy „co ci jest, gdzie jesteś, wykrakałaś jestem w ciąży”, odpisałam tylko tyle: „nie chciałabyś
wiedzieć, gratuluję dbaj o siebie”. W
drugim tygodniu dostałam jeszcze dwie takie wiadomości, telefonicznie: „wiem
że ci ciężko ale muszę ci to powiedzieć, jestem w ciąży”, i trzymając mnie za
rękę: „ chcę ci coś powiedzieć - jestem w ciąży”, wtedy czułam tylko pustkę, nie poryczałam się.
Odbieram telefon (3): Kasia plączę do słuchawki „jestem w ciąży, to
nie możliwe, nie wiem co robić, pierwszy raz w życiu test z dwoma kreskami, nikt
jeszcze nie wie wykręciłam do ciebie pierwszej, patrzę i nie mogę uwierzyć
jestem w ciąży, Boże dziękuje!”. Kasia, osoba która stara się od lat by zajść w
ciąże, płakała do telefonu, ja ryczałam
razem z nią - ze szczęścia!!! Kto jak nie kobieta, która przeżywa miesiąc w miesiąc porażki,
zrozumie jaki to CUD być w ciąży!
Przyzwyczajam się, nie zawsze wychodzi, ale ‘staram się’ podchodzić do tego z
humorem:
„wreeeeszcie krótsza kolejka!”
Zostało
tylko zweryfikować czy stoję we właściwej:)